Dzień po... o walentynkach

Ustalmy, osobiście nic nie mam do walentynek, ani innych barbarek czy florianków. Ale, do licha, nie traktujmy ich jakoś nadzwyczajne! Bo takie nie są.

Kilka dni wcześniej w Douglasie niezwykle urocza pani, która mnie obsługiwała: proszę, tu jest zaproszenie na darmowy makijaż wieczorowy. Dla mnie? Fantastycznie! Ja bardzo chętnie skorzy... - To zapraszamy, we wtorek, od 12.00 do 18.00 przed randką walentynkową zrobimy Panią na bóstwo... Chwila, chwila - w głowie tabela z rodzinnym rozkładem jazdy. Kurcze, kiedy te walentynki? We wtorek? Nie! Nie obchodzę! We wtorek o 19.00 synowie mają karate. Nie pasuje. Och, wzięła mnie złość, że Pani nie proponuje innego terminu, tylko właśnie ten głupi wtorek. Od czasów podstawówki i liceum nie uważałam tego święta, a ta mi w walentynki. 

Trochę mnie to wkurza. Walentynki są dobre dla małolatów i to tylko tych mniej śmiałych. A właściwie kiedyś były dobre, w czasach, kiedy nie było komunikatorów: telefonów, e-maili, sms-ów i całej rzeszy innych narzędzi do okazywania i nazywania uczuć. Przed dwudziestu laty, kiedy jeszcze pachniały prostymi kartkami i liścikami miłosnymi. Kiedy przeżywało się kolejną anonimową karteczkę z dumnie wyskrobanym Kocham Cię.

W życiu dorosłym walentynki bywają poprawne. Mężczyźni jakoś tak naiwnie wierzą, że ten raz wystarczy. Zastanów się droga małżonko. Czy, jeżeli mąż zabiera cię właśnie w ten jeden jedyny wieczór walentynkowy, to czy w waszym życiu wszystko jest okej?  Ano nie, nie jest okej. Facet zazwyczaj w robocie, jak trzeba nocuje na dyżurnej kanapie. Jeżeli uda mu się wyjść, to po drodze ma mnóstwo spraw do obgadania i opicia z kumplami. A ty -  jak nakazuje tradycja - praca, zakupy, lekcje z dzieciorami, sprzątanie, gotowanie na kolejny dzień albo i miesiąc. Wiecznie zapędzona, z resztkami dziecięcego jedzenia na brzuchu. I zbawiennie nadchodzą walentynki. O tych nie wypada zapomnieć... i jeszcze o Dniu Kobiet. Mąż się przed tobą otwiera, szarmancko przytaszczy kwiaty - nawet udało mu się i włożył twoją ulubioną koszulę - proponuje kawiarnię, kolację, kino i co tam jeszcze... Ale czy to jest fer droga kobiecino? To, że pamięta o Tobie tylko w walentynki? Przecież szanowna małżonka (partnerka) sama sobie tych dzieci nie zrobiła, żeby sama musiała przy nich przez pół życia tyrać.

Zastanawiam się, czemu tak jest? Sami barbażyńscy słabeusze. A może by tak bez zbędnego dziamolenia, jeden słabeusz z drugim pomógł z zakupami, zrobił kolację, wykąpał dzieci, poszedł na wywiadówkę. Wystarczy, żeby w codziennym geście wykazał trochę troski o związek, zadbał o kobietę swojego życia, matkę swoich dzieci, to walentynki będzie miała przez cały rok. Kobiety przeraża codzienność! Chcą być atrakcyjne, kochane i zdobywane przez swoich mężów (partnerów) nie tylko od jakiegoś święta. To nie nagroda, to się należy!

Ja wiem, że to jest mało ważne przy innych wielkich problemach tego świata, jednak nie podzielam okazjonalnego podniecenia walentynkami. Dbajmy o siebie nawzajem, szanujmy się, troszczmy, doceniajmy, kochajmy, obchódźmy walentynki przez 365 dni, a nie tylko 3 szybkie godziny, po godzinach. Nie od walentynek do walentynek, od Wigilii do Wigilii, tylko codziennie, każdej soboty, środy, czwartku, w poniedziałek, wtorek, piątek i niedzielę. Wolę, kiedy mąż poświęca mi czas i w każdy poniedziałek chodzimy do szkoły tańca, niż miałby traktować mnie jak królową, ale tylko w walentynki, ewentualnie urodziny.

Tags:

O Blogu

Blog o tym, że w życiu potrzebna jest równowaga! O tym, co najbardziej inspiruje, co napędza, o rodzinie, o dzieciakach i całym galimatiasie związanym z ich posiadaniem (ogólnie rzecz ujmując). Trochę o modzie. Dużo o jedzeniu. Niewiele o polityce. Rozdział o podróżach (tych prawdziwych i palcem po mapie). O szczęściu. Wszystko w odniesieniu do Slow Life. Trochę też o tym, co mnie NIE obchodzi i do szczęścia mi nie jest potrzebne (never ever!). I o tym, jaki wpływ na świadome życie mają doświadczenia związane z pracą w korporacji. Zapraszam.