W krainie uciapcianych rąk, nie kupujcie dzieciom zabawek

Już dawno się tak nie pośmiałam, jak dzisiaj - kiedy przypadkiem włączyłam film Ojca Adama Szustaka, w którym grzmi On: NIE KUPUJCIE DZIECIOM ZABAWEK!!! O cholera! Od razu zrobiłam w myślach rachunek sumienia: już nie kupuję, "psze" księdza, skończyłam z tym!

Ale, przyznam się, kupowałam. Kupowałam, bo taka była paląca potrzeba starszego dziecka, tak mi się przynajmniej wtedy wydawało. Zabawki cieszyły go najbardziej. To od małego był taki typ, który potrafił umiejętnie naciągać rodziców na COŚ DROBNEGO. Oczywiście główną inspiracją były oglądane przez niego bajki.

Kolekcjonował wtedy wszystkie bakugany, gormitti, beje, hiroły, lego factory i inne cuda-wianki, bez których po prostu nie mógł się obejść. Każde wyjście do Biedry kończyło się zakupem jakiegoś barachła, które, jak nam się wtedy wydawało, do życia dziecka było niezbędne. Na szczęście były to zabwaki manualne, przy których młody mógł sobie jeszcze podłubać, porozkładać, powykręcać. Samodzielnie nie pipczały, nie grały symfonii Beethovena, ani nie tańczyły Kankana po naciśnięciu jednego klawisza. Nawet się nad tym nie zastanawialiśmy, że może za dużo bodźców, czy innych niepotrzebnych mocy. Na tamten czas, starszy nie mógł bez tych chińskich plastyków żyć, a my, wpatrzeni w jedynaka, chcieliśmy sprawiać mu radość. 

Z drugim dzieckiem próbuję trochę inaczej. Znalazłam w nim ciekawego partnera do zabawy, wygłupów, wyklejania, malowania, wycinania, niszczenia i tworzenia. Na początku wyłączamy telewizor! (Szczęśliwi, którzy go nie mają.) Później zamkamy oczy i przenosimy się do magicznej krainy uciapcianych rąk. Kiedy lepię z synem figurki z masy solnej to tak naprawdę nic nie robię, dla niego znaczy to bardzo dużo.

Nie mówię, że w ogóle nie kupujemy zabawek, ale ograniczyliśmy je do absolutnego minimum, dwa razy do roku: na urodziny i Mikołaja. W każdym razie, z doświadczenia, mogę powiedzieć jedno: mniej zabawek, więcej zabawy :) A, wspomniany film polecam obejrzeć.

Jak jest u was?

Mam to szczęście, że należę do pokolenia, które "się bawiło". Spędzało z rówieśnikami cały woly czas, przesiadywało na trzepaku i do znudzenia grało w "Dwa ognie". Jak ja sobie tego zazdroszczę.

Naszym ostatnim łupem są dwie świetne książki, jedna o dawnych grach i zabawach, druga o "dzierganiu" z bibuły, ale o nich następnym razem.

O Blogu

Blog o tym, że w życiu potrzebna jest równowaga! O tym, co najbardziej inspiruje, co napędza, o rodzinie, o dzieciakach i całym galimatiasie związanym z ich posiadaniem (ogólnie rzecz ujmując). Trochę o modzie. Dużo o jedzeniu. Niewiele o polityce. Rozdział o podróżach (tych prawdziwych i palcem po mapie). O szczęściu. Wszystko w odniesieniu do Slow Life. Trochę też o tym, co mnie NIE obchodzi i do szczęścia mi nie jest potrzebne (never ever!). I o tym, jaki wpływ na świadome życie mają doświadczenia związane z pracą w korporacji. Zapraszam.